Ks. Roman Dyjur Drukuj Email

Swój Ksiądz

 

Jak ksiądz Dyjur ma dyżur, nic złego stać się nie może. Dziewczęta podchodzą z setkami pytań, chłopcy kątem oka zerkają w stronę katechety.

ks. Roman Ks.Roman Dyjur.Jak trzeba, to i na hamburgery zabierze (fot.Klaudia Bochenek)

 

Mam bardzo dobre zdanie o młodzieży i rewelacyje doświadczenia w pracy z nimi - przyznaje ks. Roman Dyjur. - Staram się nie być dla nich tylko nauczycielem. Czasem wolę odpuścić jeden lub dwa tematy lekcyjne, nie przerobić materiału, gdy jest potrzeba pogadania, aby stworzyć dobrą relację z uczniami .

- Jak trzeba, to i na hamburgery zabierze - przypomina sobie Wiesława Zarwańska, sołtys Dąbrowy Niemodlińskiej, z której ks. Dyjur pochodzi. - Albo wracające ze szkoły dzieciaki po domach rozwiezie, bo zimno na dworze. Taki to z niego ksiądz. Świetnie łączy dwie ważne w dzisiejszych czasach cechy duchownego - nowoczesność i mentorstwo. Dlatego dzieciaki walą za nim jak w dym.

 

Mieszkańcy rodzinnej Dąbrowy nachwalić się księdza nie mogą. A to, że wszystkim pomaga, że wioskę rozkręcił i wypromował, że na ulicy nie przejdzie bez pozdrowienia.

- Jak dziesięć razy się go spotka, to dziesięć razy się ukłoni - śmieje się Zarwańska. - Wspaniały człowiek, szanuje ludzi i wszystkich traktuje tak samo.

- Równy z niego gość. I kawał dobrego księdza - zapewnia Marta Rydzyńska. Ona i inni młodzi ludzie z Dąbrowy działali kiedyś z księdzem Romanem w Multimedialnej Grupie Młodzieżowej. Kręcili wspólnie filmy amatorskie, organizowali koncerty, robili wypady za miasto. - On nigdy nie mówił nam, jak mamy żyć, jak postępować - mówi Marta. - Działał, a my uczyliśmy się od niego. To przy nim zaczęliśmy rozróżniać, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Kiedyś urządziliśmy koleżance urodziny na zamku. Roman czekał tam na nas, a my, ubrani w starodawne odświętne stroje, mieliśmy dojechać autem. To była noc, kiedy zmarł Papież. Nikt nic nie musiał mówić. Dobrze wiedzieliśmy, że to było najważniejsze. Bez słowa zawróciliśmy z powrotem. To nie był czas na bal...

Życie się toczy na korytarzach
Ks. Dyjur uważa, że kościelne ogłoszenia i lekcyjne informacje nie mają takiej siły rażenia jak działalność korytarzowa. To właśnie na szkolnych korytarzach, boiskach i podwórkach załatwia najwięcej spraw, odbywa ważne rozmowy o życiu, Bogu i Kościele. - Mam wrażenie, że jak nie chwycę za rękę, nie spojrzę w oczy, to inaczej mnie nie usłyszą - mówi. - Tak zresztą bywało. Ogłaszałem coś na lekcji lub w kościele, a wszyscy słuchali w skupieniu. Później na spotkaniu zero osób. Słuchali, ale nie słyszeli.

W głoszeniu Słowa Bożego pomaga mu jego pasja - muzyka. Organizuje dzieciakom koncerty ewangelizacyjne, spotkania autorskie, sprowadza znane zespoły młodzieżowe, sportowców.

- Dzieciaki są potem tak mocno naładowane, że to tworzy świetny punkt wyjściowy do działania - twierdzi. - Daję im pokarm, który wyzwala w nich pozytywną energię. Wtedy wspólnie możemy przenosić góry. Bo przecież sam nie dałbym rady...

- Jeździliśmy z nim na basen, na lody, a później wpadał na pomysł, że trzeba komuś pomóc: zebrać pieniądze albo zgrabić liście - wtrąca Marta. - Nikt się nie wahał. Skoro on to wymyślił, znaczy, że tak trzeba postąpić. A później pomaganie ludziom weszło nam w krew, uzależniliśmy się od tego. Roman jest motorem wszystkiego, co udało się nam do tej pory osiągnąć.

Dzięki jego działalności charytatywnej kilkadziesiąt dzieci z Dąbrowy i Łosiowa jeździ co roku na kolonie. Rodzice tych, co skorzystali, wdzięczni są księdzu Romanowi za to, co robi.

- Zawdzięczamy mu wszystko, co najlepsze - chwali Grażyna Miecznik z Dąbrowy, której dwie córki były na koloniach organizowanych przez ks. Dyjura. - Festyny, na wycieczki dzieci wysyła, ze starszymi porozmawia i do młodzieży potrafi dotrzeć. Anioł, nie człowiek.

On wie, że bylejakość jest dzisiaj skazana na porażkę, że najpierw trzeba coś dać, by później móc o coś poprosić. I Dyjur daje. Często więcej niż może.

- Zdrowia mało nie stracił przez tę swoją działalność aktywisty - śmieje się proboszcz dąbrowskiej parafii ksiądz Marcin Bonk. - Ale nic powiedzieć sobie nie dał. On musi być ciągle w ruchu. Ten typ tak ma.

- Za każdym razem jak zbliżał się finał imprezy, dopadał mnie ogromny stres - opowiada ksiądz Roman. - Zastanawiałem się, czy podołam. Zaklinałem, że nigdy więcej. A jak okazywało się, że wszystko poszło dobrze, to dzień później już zastanawiałem się, co by tu jeszcze zrobić.

Pierwszą miłość porzucił dla kapłaństwa
Miała na imię... muzyka. Sport też kochał ponad wszystko. Teraz odkrył, że młodzieńcze pasje świetnie przydają się w duszpasterskiej misji.

- Kiedyś miałem żal do Pana Boga, że musiałem to zostawić. Zepchnąć na margines - wspomina Dyjur. - Dzisiaj jako skruszony syn stwierdzam, że Bóg dobrze wie, co robi. Moje pasje są wciąż ze mną i to dzięki nim udaje mi się wiele rzeczy osiągnąć. Młodzież inaczej postrzega mnie, jeśli potrafię z nimi porozmawiać o muzyce i sporcie, o ich idolach. To budzi szacunek, którego niestety brakuje dzisiaj w Kościele. To świetny fundament dla właściwej pracy.

Czy taki właśnie powinien być kapłan? Ks. Dyjur uważa, że trzeba umieć znaleźć się we współczesności: być po trosze nowoczesnym, nie zapominając jednak o tym, by potrafić pokazać swoje kapłańskie świadectwo:
- A to nie lada wyczyn. Niesamowita sztuka, wymagająca uporu, łamania pewnych zasad, przeciwstawienia się. Trzeba krzyczeć, prosić, szukać i znajdować.
Rozglądać się wokół, dostrzegać dobro i możliwości. Nie tylko zło jest na tym świecie. Jak widać mimo wad, które posiadam, wciąż jestem optymistą.

Jest też pracoholikiem i egoistą. Ale przynajmniej świadomym. Chciałby dużo robić i najlepiej sam, bo - jak przyznaje - nikt nie zrobi tego lepiej od niego. Uważa jednak, że taka postawa to koszmarny błąd.

- Błędów popełnia się wiele. Grunt, by wyciągnąć dobre wnioski. - Pamiętam, jak wykłócałem się z kolegą, który z nas ma pójść do obłożnie chorego człowieka z Sakramentem Chorych. Na miejscu dotarło do mnie: ja przecież życie wieczne ratuję konającemu. To jest przewspaniałe. Nigdy potem nie miałem już takich dylematów.

Stara się jednak z tym walczyć. Na parafii św. Jana w Nysie, gdzie przebywa od jakiegoś czasu jako wikary, walka z własnymi słabościami wychodzi mu zdecydowanie lepiej. Za to dopada go samotność.

- Po raz pierwszy w życiu zaczęło doskwierać mi to uczucie - zwierza się. - Po lekcjach w szkole zamykam się w czterech ścianach z ewangelią, modlę się i myślę. Wieczorami odwiedzam, w miarę możliwości, kolegów księży. Poczułem samotność z jej najsmutniejszym obliczem, ale nie jest to coś, co zabija. To kolejna szkoła życia. Może znów się czegoś nauczę.

Ksiądz musi się bać
Parafia nyska to dla niego swego rodzaju stabilizacja pracy i przede wszystkim czas troski o zdrowie. Nie znaczy to, że ksiądz rezygnuje ze społecznikowskiej działalności. Namawia nyską młodzież do spotkań, organizuje pogawędki, ale też wie, że Nysa jest tylko przystankiem na jego drodze. Że niebawem czas mu w drogę będzie. Wytrwać w samotności pomaga mu wiara i planowanie przyszłości.
Nie wie, na jakim etapie życiowej ścieżki znalazł się w tej chwili, ale jest przekonany, że doszedł tutaj dzięki wierze. Wie dobrze, że na samych działaniach duszpasterskich daleko zajść się nie da. Dba więc także o duchowe zaplecze, o fundamenty swoich działań.

- Przed święceniami ojciec duchowy zapytał mnie, czy się boję - opowiada ks. Dyjur. - Wystraszyłem się tego pytania, ale przyznałem, że tak. On odetchnął z ulgą. Powiedział, że o tych, co się nie boją, on zaczyna się bać.

Wie, że wielkie religie świata mają ten sam trzon - te same wartości, jednego Boga. Że poza Kościołem też jest zbawienie - jeśli ktoś żyje zgodnie z dziesięcioma przykazaniami, nawet ich nie znając. Dla takiego człowieka bramy zbawienia też są otwarte.

Nie wyobraża sobie życia bez Boga. - Pan Bóg kiedyś powiedział: ktokolwiek rzuci życie swoje, pole, ojca, matkę, ten wiele matek, ojców i domów miał będzie - cytuje ksiądz Roman. - Mam więc rodzinę, tylko trochę większą niż wszyscy. Inną. Jeśli nawet zniesiono by celibat, to szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie siebie w roli ojca i męża. Albo moje duszpasterstwo ucierpiałoby, albo rodzina. Tych dwóch rzeczy pogodzić się nie da. A ja przecież cały czas muszę coś robić. Nie przystaję i nie zastanawiam się, bo tego nie wolno. To taka moja mała kwintesencja kapłaństwa.

 

Źródło: www.nto.pl

 
Ks. Piotr Adamski Drukuj Email

Strona w trakcie budowy

 
Ks. Marek Jeziorański Drukuj Email

Strona w trakcie budowy